kontakt@ratunekpompejanski.pl

Uwolnienie dusz z otchłani czyśćca

Odprawienie około 10-ciu Nowenn Pompejańskich, zawsze owocowało licznymi łaskami nawet takimi, o które nie prosiłam. Pośród licznych problemów, bliskość i opiekę Maryi można było zawsze odczuć. Zanim przejdę do sedna świadectwa muszę cofnąć się 3 tygodnie wstecz, ponieważ ten okres miał ogromny wpływ na podjęcie decyzji odprawienia Nowenny Pompejańskiej za dusze w czyśćcu cierpiące.

Wyjazd do Dębowca – polskiego La Salette

Tu muszę szczególnie podziękować swemu mężowi, bo to on zaproponował mi z okazji 35 rocznicy Ślubu… wyjazd do Dębowca – tzw. polskiego La Salette. Z pewnością nie podjęłabym się już u schyłku 2019 roku nowenny za te biedne dusze. Do tej pory nigdy w adwentowym okresie nie odprawiałam tego nabożeństwa, uznając to za zbyt trudne z powodu mnóstwa zajęć. Propozycja męża była nie do odrzucenia, to było coś najwspanialszego czym mógł mnie obdarować! Już od dawna marzyłam, aby tam się kiedyś wybrać. Przez wiele lat prenumerowałam dwumiesięcznik „Posłaniec Saletyński” i tylko tyle mnie łączyło z Dębowcem. Tylko tyle… i aż tyle! Bowiem każdego 19 dnia miesiąca była tam odprawiana Msza św. w intencji prenumeratorów tego czasopisma. Wybraliśmy się w 4,5-godzinną podróż wczesnym rankiem 18 października (piątek). Początek drogi upłynął jeszcze w zupełnej ciemności. Dzięki temu ujrzałam na niebie wielki znak w postaci świecącego na błękitno krzyża. To nie zwidy, lecz krzyż na jednym ze szczytów górskich w Beskidach. Nocą wygląda najefektowniej, jakby zawieszony na niebie. Dotarliśmy szczęśliwie na miejsce i mieliśmy okazję uczestnictwa we Mszy św, którą poprzedziłam spowiedzią. Wiele czasu spędziliśmy w bocznej części sanktuarium – kaplicy z figurą Płaczącej Pięknej Pani. Pogoda tej jesieni bardzo sprzyjała i można było modlić się spacerując po dróżkach różańcowych. Po godzinie 15 odprawiliśmy wspólnie drogę krzyżową na Golgocie. Najbardziej ciągnęło mnie jednak do kaplicy, w której panowała cisza ze względu na całodzienne wystawienie Najświętszego Sakramentu. Jednak głucha cisza została przerwana. Przybył młodzieniec , który korzystając z klęcznika, rozpoczął odmawiać półgłosem Różaniec. Zaznaczam – to nie był szept… to był półgłos. To nie była jedna część Różańca… to były 4 części Różańca. Nie przeszkadzało mi to jednak w skupieniu, ponieważ także w myślach odmawiałam Różaniec. Intencji do omodlenia miałam wiele. Późnym wieczorem udaliśmy się do pobliskiej wioski, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg, aby móc jeszcze następnego dnia 19 października wziąć udział w porannej Mszy św. i adoracji. Wbrew pozorom głucha cisza znów została przerwana. Tym razem młodzieniec przybył już przed południem, by odprawić półgłosem cały Różaniec. Może odmawiał Nowennę Pompejańską? Może miał problemy ze skupieniem uwagi i dlatego wypowiadał półgłosem pozdrowienia anielskie? Przyznam, że przeszywał mnie nawet dreszcz. Ten męski głos jakoś mnie bardzo do głębi poruszył i jakby drżał w moim wnętrzu. Wszystko co dobre i piękne niestety się kończy. Trzeba było pożegnać się z tym wyjątkowym miejscem w nadziei, że tam jeszcze kiedyś wrócimy. Mąż wiedział dobrze, jak umilić mi powrotną podróż. Nie obyło się bez kilku postojów, by zwiedzić kościoły. Trudno jednak nazwać to zwiedzaniem, ponieważ w ten piękny sobotni dzień odbywały się Śluby. Mieliśmy więc okazję cofnąć się wspomnieniami aż 35 lat wstecz. W dniu naszego Ślubu także było ciepło i słonecznie. W Nowym Targu udaliśmy się do restauracji na obiad i jakaż niespodzianka! Otworzyłam swoją torebkę i zauważyłam w niej… suchy liść dębu. Z całą pewnością przywiozłam go z Dębowca – wpadł do torebki, gdy chowałam różaniec. Ucieszyłam się niezmiernie, że w ten sposób Matka Boża się z nami pożegnała. Suchy liść po dziś dzień zdobi mały tryptyk, który kupiłam w sklepie księży Saletynów. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, a więc znów na horyzoncie zajaśniał „wiszący” krzyż.

Uroczystość Wszystkich Świętych

Moje myśli skupiły się wówczas na nadchodzącym miesiącu poświęconym pamięci o duszach zmarłych. Trzeba zatroszczyć się nie tylko o wygląd grobu, lecz jeszcze bardziej o modlitwę i odpusty za te dusze. Przez 9 dni odprawiałam nowennę, a w 2 dni później dołączyłam septennę za dusze cierpiące w czyśćcu. W uroczystość Wszystkich Świętych było pięknie i pogodnie – niebo błękitne bez chmurki. Można rzec – radosny dzień, bo wszyscy Święci cieszą się już chwałą Nieba. Nagle na lazurowym niebie zarysował się znak krzyża, który powstał w jednej chwili . To efekt przelatujących w różnych kierunkach dwóch samolotów. Stojąc z rodziną nad grobem swej matki i spoglądając raz po raz w niebo, wróciłam pamięcią do niedawno odbytej pielgrzymki. Wspominałam Matkę Bożą kryjącą zapłakaną twarz w dłoniach… i nagle myśli prysły. Widok krzyża został nieco przesłonięty. Nie obłokiem, lecz stadem czarnych kraczących wron. Ta scena była wymowna, lecz niewiele potrafiłam zrozumieć. Następnego dnia w Dzień Zaduszny nie było już pogodnie. Jesienna aura zmieniała się z godziny na godzinę. Najgorsza była noc, a następnego dnia na cmentarzu było widać skutki porywistego wiatru – powywracane donice kwiatami, potłuczone znicze. Czyżby te dusze nie zaznały spokoju? Może za mało modlitwy w ich intencji… lub źle się modlę? Codziennie po wieczornej Mszy św. odwiedzałam cmentarz i modliłam się za dusze czyśćcowe. Wznowiłam znów nowennę i septennę za dusze oczekujące wyzwolenia z czyśćca. Uznałam jednak, że to i tak za mało. Potrzebny jest raczej różańcowy szturm do Nieba!

Rozpoczęłam Nowennę Pompejańską za dusze w czyśćcu cierpiące

Nowennę pompejańską rozpoczęłam 14 listopada. Po raz pierwszy odpuściłam sobie tajemnice światła, bo uznałam że dla mnie w okresie Adwentu i Bożego Narodzenia oraz oczekiwania na Nowy 2020 Rok – byłoby to za trudne. Uznałam, że te dusze nie potrzebują aż tak wiele światła, bo są już pewne swego zbawienia. Rozpoczynając nowennę nieco „zdębiałam” ponieważ rozważania z archiwalnego miesięcznika „Różaniec” dotyczyły przemijania i śmierci – jakby dopasowane. Czułam, że to dobry początek! Tak się składało, że tylko ostatnią część chwalebną odmawiałam wieczorem w domu. Pierwsze dwie części odprawiałam w drodze do… i w kościele przed wieczorną Mszą św. Nadkładałam sobie nieco drogi przez cmentarz. Po Mszy wracałam tą samą drogą z powrotem i spacerując ścieżkami pomiędzy grobami, odprawiałam część bolesną. Kilka dni przed końcem listopada inaczej sobie rozplanowałam nabożeństwo Nowenną Pompejańską. Postanowiłam od 25 listopada uczęszczać na Mszę św. do innej dzielnicy miasta odległej o 3 km, gdzie jest sanktuarium Matki Bożej Królowej Polski. Uważałam że to idealne rozwiązanie, bo mogę całą nowennę odprawić w drodze, czyli tam i z powrotem. Dla mnie był to pewien wyczyn, który mógł wyjść tylko na zdrowie. Ponieważ to dosyć długi odcinek drogi, nie spacerowałam już ścieżkami pomiędzy grobami, lecz przeszłam główną szeroką aleją.

Bolesny upadek ze schodów

Niestety długo nie cieszyłam się tym „pielgrzymowaniem”. Już w trzecim dniu musiałam się poddać… nie z powodu słabej kondycji. Owszem kondycja rzeczywiście osłabła – po upadku ze schodów w ciemnym korytarzu sanktuarium. Tak się złożyło iż musiałam przed Mszą skorzystać z toalety. Zapaliłam światło u wejścia do długiego korytarza, gdzie na jego końcu mieściła się toaleta. Niestety, gdy wyszłam w korytarzu zastała mnie zupełna ciemność. Światło się samoczynnie wyłączyło i nigdzie nie wypatrzyłam włącznika. Przesuwałam się niby ostrożnie, po omacku i wkrótce w oddali był już prześwit, jakby światło w tunelu. Poczułam się pewniej, a nawet zbyt pewnie… i upadłam z 2 czy 3 schodków. Pierwszą reakcją był głośny jęk z bólu i uczucie, że nie wstanę na nogi. Nikt mnie nie usłyszał i nie przybył z pomocą, a więc byłam zdana na własne siły. Ociężale dowlekłam się do bocznej kaplicy, w której w ciągu tygodnia jest odprawiana Msza św. poprzedzona modlitwą różańcową. Przez ponad godzinkę moje stopy nieco odpoczęły, a właściwie prawa stopa, która najbardziej ucierpiała. Komunię św. musiałam przyjąć w pozycji stojącej, bo nie odważyłam się uklęknąć. Uklękłam dopiero ostrożnie po zakończonej Mszy, prosząc przed cudownym obrazem Maryję, aby dane mi było w okresie Wielkiego Postu pójść na EDK (Ekstremalną Drogę Krzyżową). Na razie czekała mnie 3 km „EDK” do domu. Nie chciałam dzwonić po męża ponieważ miałam zamiar zataić ten wypadek uznając, że ból warto ofiarować za dusze czyśćcowe. Nie wytrwałam w tym postanowieniu. Mąż od razu zorientował się, że moja kondycja jest okaleczona. Ból na dobre rozpoczął się późnym wieczorem i nocą. Niewiele pomogła maść przeciwbólowa z domowej apteczki. Pomimo uciążliwego bólu, który narastał i pojawił się wyraźny siniec oraz obrzęk, nie skorzystałam z pomocy lekarza. Obawiałam się, że stopa zostanie unieruchomiona w gipsie a byłam pewna, że nie uszkodziłam żadnej kości w stopie. Kupiłam sobie w aptece lepszą maść dla sportowców – Ibuprom na skręcenia i stłuczenia. Po pierwszym zastosowaniu odczułam wyraźną ulgę. Obrzęk oraz rozległy siniec po tygodniu zniknął . Ból nieco zelżał, lecz nadal poruszałam się o połowę krótszymi krokami. Chodziłam do pobliskiej parafii i nie odpuściłam spaceru po cmentarzu, gdzie odprawiałam część bolesną.

Wierzę, że Nowenna Pompejańska pomogła duszom czyśćcowym

10 grudnia w ostatnim dniu części błagalnej – ku wielkiej pociesze – otrzymałam z wydawnictwa Rosemaria cztery jednakowe archiwalne numery Królowej Różańca Świętego oraz piękny różaniec – imitację bursztynu. Byłam zaskoczona tym podarkiem, bo przecież niczego nie zamawiałam. Ten różaniec dał mi znak, że część błagalna nowenny coś oszlifowała na kształt cennych pereł. Przedstawiałam przecież Matce Bożej codziennie prośbę o wyzwolenie dusz z otchłani czyśćcowej, a bursztyn ma związek z otchłanią… morską. Przesyłka była zagadkowa dopóki nie otrzymałam odpowiedzi na pytanie, które zadałam redaktorowi KRŚ. Okazało się, że to prezent, który otrzymał każdy członek Apostolatu Nowenny Pompejańskiej. Dopiero po trzech dniach, pomiędzy przysłanymi numerami KRŚ, zauważyłam dołączoną kartkę z tą informacją. Przez kolejne 27 dni odmawiałam na tym różańcu część dziękczynną Nowenny Pompejańskiej. Adwentowy okres upływał w zdumiewającym tempie, a prace w domu się piętrzyły. Zdziwiłam się, że podczas domowych zajęć ból stopy zanikał niekiedy całkowicie. Jednak idąc na zakupy czy kościoła, to już nie było to samo co w miękkich domowych pantoflach. Traciłam nadzieję, że wiosną wybiorę się na EDK. Doczekałam się – nieco utrudzona – radosnej Wigilii i Bożego Narodzenia. Postanowiłam z mężem udać się na Pasterkę do innej parafii, z racji iż była odprawiona już o godzinie 22. Pojechaliśmy tam samochodem bo czułam, że jeśli pójdę z bólem piechotą, to z pewnością na Pasterce ze zmęczenia… zasnę. Następnego dnia w Boże Narodzenie udałam się wieczorem na świąteczne Nieszpory. Przerwałam przyjemne rodzinne zajęcie przy układaniu puzzli, które otrzymaliśmy w prezencie. Układaliśmy wspólnie 1000 częściowy trójwymiarowy obraz, przedstawiający piękną głębię oceanu z jego mieszkańcami pośród raf koralowych. Wracając z Nieszporów czułam się jak nowo narodzona. Idąc zastanawiałam się nawet, która to była stopa – prawa czy lewa? Wróciłam do domu i zastałam swoją rodzinkę przy żmudnej układance i o tyle żmudnej, bo brakowało jednej całkowicie białej puzzli. To był element białej rybki. Pomogłam im szukać zguby – na stole, pod stołem, a nawet świecąc latarką pod szafką. Niestety nie znaleźliśmy. Mówi się trudno, co najwyżej można własnoręcznie dorobić biały element, lecz trójwymiarowy obraz straci na efekcie. Wieczorem, przed odprawieniem ostatniej części chwalebnej różańca, ta biała puzzla i puste miejsce w układance pobudziły mnie do refleksji. Skojarzyłam ją z moim sercem, które nie było aż takie białe. Nie skorzystałam przed Bożym Narodzeniem ze spowiedzi. Po prostu z bólu nie potrafiłabym wystać w długiej kolejce do konfesjonału. Nie miałam grzechu ciężkiego, więc przyjmowałam Ciało Pana Jezusa. Odczułam w tym momencie, że chyba jednak nie byłam godna tej Uczty. Z ciężkim sercem i smutkiem odmówiłam chwalebną część różańca i modlitwę dziękczynną. Następnego dnia po południu córka z zięciem pojechali już do Krakowa, a ja z mężem jeszcze raz wróciłam do poszukiwań zguby. Rzuciliśmy oboje okiem na stół, pod stół i pod meble… niestety na próżno. Spoglądając jeszcze raz na niedokończoną układankę, oboje zauważyliśmy na stole ową niewinną białą puzzlę. Jak to możliwe??? Podzieliłam się zaraz tą radosną nowinką wysyłając córce sms-a, że układanka jest już kompletna. Wieczorem po odprawieniu części chwalebnej i modlitwy dziękczynnej znienacka pojawiła się radosna myśl, iż ta biała puzzla może być przecież duszą wyzwoloną z otchłani czyśćca. A może Nowenna Pompejańska uwolniła aż 1000 dusz, a ta była ostatnią? To byłoby naprawdę cudowne?! To byłoby cudowniejsze o tyle, że stało się to w cudowne Święta Bożego Narodzenia. Niestety to tylko domysły i skojarzenia. To raczej pozostanie dla mnie do końca wielką tajemnicą. Wróciłam wspomnieniami aż do Dębowca. Przypomniałam sobie młodzieńca, który półgłosem odmawiał cały Różaniec. Czułam, że to odpowiedź Maryi, która podkreśla jak ważna i skuteczna jest modlitwa na różańcu. Jest potężna i nic jej nie zastąpi. U schyłku starego roku skorzystałam wreszcie ze spowiedzi, aby w Nowy 2020 Rok wkroczyć z czystym sercem. 6 stycznia w Uroczystość Objawienia Pańskiego po raz ostatni odprawiłam 3 części różańca Nowenny Pompejańskiej. W tym dniu ofiarowałam także Mszę i Komunię za dusze czyśćcowe. 7 stycznia otrzymałam przesyłkę-niespodziankę z Niepokalanowa. To książeczka Bruno Ferrero pt: ”Tajemnica czerwonych rybek” z opowiastkami dla duszy. Te czerwone rybki skojarzyły mi się z męką. Czerwień to kolor męczeństwa, a dusze czyśćcowe są pogrążone w cierpieniach (mękach).

Nowennę zakończyłam, lecz pozostał piękny „bursztynowy” różaniec, na którym odprawiałam część dziękczynną. Naturalny bursztyn byłby bardzo drogi, a ten syntetyczny otrzymałam gratis. Dla mnie to znak, że różaniec jest bezcenną modlitwą!

Gabriela

Może zainteresuje Cię również:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.